50% ryzyka zbieractwa jest w genach. Dlaczego ten sam dom nie ma znaczenia?
Dlaczego jeden brat zostaje patologicznym zbieraczem, a drugi, mimo identycznego domu, nie? Przełomowe badanie bliźniąt obala mit, że bałaganu uczymy się od rodziców. Geny ładują broń, ale spust pociągają osobiste przeżycia.

Przez dekady myśleliśmy o tym w prosty sposób: jeśli dwóch braci wychowuje się w jednym, zawalonym gratami domu, a tylko jeden z nich wyrasta na patologicznego zbieracza, winę ponosi „słaby charakter” lub bunt przeciwko bałaganowi rodziców. Tymczasem wyniki jednego z najważniejszych badań nad bliźniętami sugerują, że ta intuicja jest błędna. Dlaczego więc, mając ten sam stół, tych samych rodziców i te same kłótnie o stare gazety, jedno z rodzeństwa przekracza granicę choroby, a drugie prowadzi ascetycznie uporządkowane życie? Odpowiedź w dużej mierze kryje się nie w piwnicy pełnej śmieci, lecz w naszym DNA.
Laboratorium natury, czyli bliźnięta pod lupą
→ Czytaj też: Badanie DNA 142 średniowiecznych grobów. Co odkryto w parze dorosły-dziecko?
Badanie opublikowane jeszcze w 2009 roku na łamach The American Journal of Psychiatry przez zespół Alessandry Iervolino do dziś stanowi fundament naszej wiedzy o genetyce zbieractwa. Naukowcy sięgnęli po jedno z najbardziej eleganckich narzędzi nauk behawioralnych — rejestr bliźniąt TwinsUK. Przebadali ponad 5000 par bliźniąt jedno- i dwujajowych, co zapewniło im wystarczającą moc statystyczną, by wyciągnąć wiarygodne wnioski. Kluczowe znaczenie ma tutaj porównanie: bliźnięta jednojajowe dzielą praktycznie 100% materiału genetycznego, podczas gdy dwujajowe — średnio tylko połowę. Jeśli schorzenie jest silnie uwarunkowane genetycznie, pary monozygotyczne powinny być do siebie znacznie bardziej podobne pod względem objawów.
Tak właśnie się stało. Wśród badanych kobiet — a to na nich skupiono główną analizę, uwzględniając grupę ponad 4300 bliźniaczek — zaobserwowano wyraźną przewagę zgodności występowania zbieractwa u sióstr identycznych genetycznie. Modelowanie strukturalne ujawniło, że geny odpowiadały za około 50% wariancji w skłonności do kompulsywnego gromadzenia przedmiotów. Pozostała część wynikała z czynników środowiskowych, ale nie tych, które zwykle przychodzą nam do głowy.
Wspólny dom, osobne światy
→ Czytaj też: 5 mitów o zaniedbaniu emocjonalnym, w które wierzą nawet terapeuci
Wyniki badań obalają jeden z najbardziej zakorzenionych mitów na temat patologicznego zbieractwa. Wbrew obiegowym opiniom, wspólne środowisko rodzinne — a więc dom, styl wychowania, wzorce przejęte od rodziców — nie wyjaśniało w tym modelu praktycznie żadnej z obserwowanych odmienności. Mówiąc wprost: dorastanie w przeładowanym rupieciami domu samo w sobie nie „zaraża” bałaganiarstwem.
To odkrycie szczególnie uderza, bo intuicja podpowiada nam coś zupełnie innego. Od lat powtarzano, że zbieractwo „chodzi w rodzinach” — i rzeczywiście tak jest. Problem polega na tym, że chodzenie w rodzinie nie rozstrzyga, czy za wzorcem stoją geny, czy naśladownictwo. Analiza bliźniąt ostatecznie przecięła ten węzeł. Czynniki, które naprawdę się liczyły obok DNA, to tak zwane niewspólne środowisko — zbiór unikalnych dla każdego człowieka doświadczeń życiowych. Mowa tu o osobistych traumach, stratach, wypadkach czy po prostu subiektywnej relacji z przedmiotami. To one zdają się decydować, czy genetyczna podatność w ogóle da o sobie znać.
Jak ujmuje to środowisko klinicystów: geny ładują broń, ale to środowisko pociąga za spust. W tym wypadku jednak spustu nie dzielimy z rodzeństwem przy rodzinnym obiedzie — każdy ma swój własny.
Dlaczego to zmienia podejście do terapii
Implikacje kliniczne są niebagatelne. Gdyby zbieractwo było głównie wyuczonym nawykiem, oddziaływania terapeutyczne musiałyby koncentrować się na korygowaniu wzorców wyniesionych z domu rodzinnego. Z kolei, skoro połowa ryzyka leży po stronie genetyki, naukowcy coraz śmielej wskazują na konieczność badania neurobiologicznego podłoża choroby. Co dzieje się w mózgach osób predysponowanych? Które struktury odpowiadają za emocjonalne przywiązanie do bezużytecznych obiektów? I przede wszystkim: dlaczego jedne przeżycia aktywują ten obwód, a inne nie?
Badanie miało też swoje luki — przede wszystkim nie rozstrzygnęło kwestii męskiej. W próbie mężczyźni stanowili mniejszość, a odsetek klinicznie istotnych objawów był u nich niemal dwukrotnie wyższy (4,1% wobec 2,1% u kobiet). Ta różnica płci wciąż czeka na rzetelne wyjaśnienie. Nie zmienia to jednak głównego przesłania: patologiczne zbieractwo nie jest wyborem ani prostą konsekwencją dorastania w zagraconym domu. To złożona interakcja między odziedziczonymi predyspozycjami a unikalną historią życia — taką, której nie kopiuje się od rodziców, tylko przeżywa na własną rękę. I od tego, czy potraktujemy tę przypadłość poważnie jako zaburzenie o głębokich korzeniach biologicznych, może zależeć skuteczność pomocy oferowanej milionom ludzi.


