Grad wielkości ananasa to nie rekord, to zapowiedź. Nowe badanie Nature pokazuje, co nas czeka
Nowe badanie opublikowane w Nature ujawnia, że do końca XXI wieku liczba gigantycznych gradzin wzrośnie o prawie połowę. Cieplejsze powietrze nie niszczy gradu – sprawia, że staje się większy i bardziej niszczycielski.
W ubiegłym roku w Teksasie spadł grad wielkości ananasa. Kilka miesięcy później w Illinois meteorolodzy znaleźli bryłę lodu o średnicy 40 centymetrów – ważyła ponad pół kilograma. „Nie tylko pobiła rekord, ale go zmiażdżyła” – mówił Victor Gensini z Northern Illinois University. To nie były odosobnione incydenty. Nowe badanie opublikowane w Nature pokazuje, że ludzkość czeka lawinowy wzrost liczby gigantycznych gradzin. I nie znaczy, jak bardzo ograniczymy emisje – i tak będzie gorzej.
Grad nie znika. Grad rośnie
→ Czytaj też: Upadek czterech cywilizacji w jednym momencie. Archeolodzy rozwiązali zagadkę epoki brązu
Naukowcy z Peking University pod kierunkiem Qinghong Zhanga stworzyli model komputerowy symulujący wzrost gradzin wewnątrz chmur. Uwzględnili temperaturę, wilgotność, prędkość wiatru – i sprawdzili, czy algorytm odtwarza warunki z 14 tysięcy prawdziwych burz gradowych, które nawiedziły Ziemię w latach 2014–2021. Model działał. Potem uczeni spojrzeli w przyszłość.
Wyniki są jednoznaczne: do końca XXI wieku ogólny potencjał szkód wywołanych przez gradobicia wzrośnie o 36,5–42,1 procent, w zależności od scenariusza emisyjnego. Najbardziej niepokojący jest wzrost liczby największych gradzin – tych o średnicy co najmniej 30 milimetrów. Ich częstotliwość skoczy o 37,9–51,8 procent. Mniejsze bryłki – poniżej 30 mm – będą padać rzadziej, nawet o 12 proc. Inaczej mówiąc: słabe burze tracą swoją siłę, a najsilniejsze stają się niszczycielskie w stopniu, jakiego nie widzieliśmy od początku pomiarów w połowie XX wieku.
Dlaczego tak się dzieje? To paradoks ciepłego powietrza
→ Czytaj też: Zaginione Miasto pod Atlantykiem. Naukowcy przewiercili się do systemu, który je zasila
Grad powstaje, gdy silne prądy wstępujące wynoszą krople wody wysoko w atmosferę, gdzie zamarzają. Im więcej wilgoci w powietrzu, tym więcej „materiału” do budowy lodu. Ocieplający się klimat dostarcza go pod dostatkiem. Jest jednak haczyk: cieplejsze powietrze topi lód szybciej, zanim spadnie na ziemię. Kto wygrywa w tym starciu?
„Duże gradziny też topnieją, ale wciąż docierają na ziemię jako spore kawałki lodu – tłumaczy Qinghong Zhang. – Mniejsze topnieją całkowicie i zamieniają się w deszcz”. To oznacza mechaniczne sito: tylko najsilniejsze burze, które potrafią utrzymać bryłę lodu na tyle długo, by osiągnęła monstrualne rozmiary, dadzą gradobicie. Reszta skończy się ulewą.
Efekt ten będzie nierównomierny. W średnich i wysokich szerokościach geograficznych – czyli w Europie, USA czy Kanadzie – potencjał niszczycielskich gradobić wzrośnie. W tropikach i regionach monsunowych – zmaleje. To odwrócenie dotychczasowych schematów: strefy, które dotąd uchodziły bezpiecznym, stają się celem.
Rekordy, które płacą rachunki
Gradobicia nie są tylko spektakularne – są kosztowne. Każdego roku w samych Stanach Zjednoczonych powodują straty opiewające na około 10 miliardów dolarów. W październiku 2010 roku w Phoenix w Arizonie grad o średnicy 7,6 centymetra wyrządził szkody na 2,8 miliarda – to najdroższe uderzenie gradu w historii USA. A w Europie? Naukowcy z Francuskiego Narodowego Centrum Badań Naukowych ustalili, że poważne burze gradowe we Francji i Niemczech są dziś o 30 proc. bardziej prawdopodobne niż przed epoką masowego spalania paliw kopalnych.
Walkier Ashley z Northern Illinois University, który nie brał udziału w badaniu, przestrzega jednak przed prostymi wnioskami. „O stratach decyduje nie tylko żywioł – podkreśla. – Zmiany klimatu zwiększają potencjał większych, bardziej niszczycielskich gradów, ale przyszłe straty zależą też od tego, gdzie ludzie budują, co budują i jak odporne są te konstrukcje”. Innymi słowy: więcej gigantycznych brył lodu to jedno, ale to, czy rozbiją nam dachy, zależy już od nas.
Jak ocenia prof. Victor Gensini, „nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy od początku prowadzenia rejestrów, czyli od lat 50. XX wieku”. W Illinois pobił rekord, ale to tylko początek. Jeśli prognozy się sprawdzą, w najbliższych dekadach gradziny wielkości grejpfruta przestaną być sensacją – staną się rutyną.


