Przejdź do treści
Klimat

Polska w ogniu i wodzie. Dlaczego susze i powodzie to dwie strony tego samego medalu

Średnia temperatura w Polsce wzrosła o ponad 2,3°C od 1951 roku. Skutkiem są gwałtowne susze, fale upałów i nawalne deszcze. Eksperci tłumaczą, dlaczego te pozornie sprzeczne zjawiska mają to samo źródło.

3 min read
A cracked, dry earth surface in the foreground, with a single puddle of water reflecting a stormy sky. In the background, a faint heat haze rises above a distant city skyline. No text or signs visible.

W Polsce od 1951 roku średnia roczna temperatura wzrosła o ponad 2,3°C. To więcej niż wynosi globalna średnia. Skutki tego ocieplenia nie są jednorodne – zamiast łagodnego przesunięcia pór roku obserwujemy gwałtowne skrajności: suszami, falami upałów i nawalnymi deszczami, które potrafią w kilka godzin zalać całe miasta. Czy polski klimat stał się już nie do poznania?

Dwie strony tego samego medalu

Czytaj też: Upadek czterech cywilizacji w jednym momencie. Archeolodzy rozwiązali zagadkę epoki brązu

Dr hab. inż. Bogdan Chojnicki z Katedry Bioklimatologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu w rozmowie z PAP tłumaczy, że wzrost temperatury o 2°C to dla atmosfery zmiana radykalna. „W systemie jest więcej energii” – mówi. Oznacza to, że należy spodziewać się gwałtownych zjawisk: suszy, fal upałów i intensywnych opadów, powodujących lokalne podtopienia i powodzie.

Paradoksem jest, że te pozornie sprzeczne zjawiska – susza i powódź – wynikają z tego samego mechanizmu. Cieplejsze powietrze ma większą „siłę ssącą atmosfery”, jak określa Chojnicki. Prowadzi to do szybszego parowania wody z gleby, roślin, jezior i rzek. Gdy nad Polskę dociera suche powietrze znad Afryki, mamy kolejne rekordy ciepła. Z kolei powietrze znad Morza Śródziemnego działa jak „pas transmisyjny” wody, która potem gwałtownie spada w postaci ulewnych deszczy.

Niż genueński – stary znajomy w nowej odsłonie

Czytaj też: Zaginione Miasto pod Atlantykiem. Naukowcy przewiercili się do systemu, który je zasila

Przykładem takiego ekstremum była powódź we wrześniu 2024 roku, wywołana niżem genueńskim. Jak podkreśla Chojnicki, samo zjawisko nie jest niczym nowym. „Natomiast w 2024 r. był o 7 proc. większy, bo temperatura Morza Śródziemnego była wysoka, powietrze stamtąd »wessało« parę, a następnie przyniosło znacznie większą ilość wody, niż zwykle” – tłumaczy.

Skutki były katastrofalne. Stan klęski żywiołowej objął cztery województwa: dolnośląskie, opolskie, śląskie i lubuskie, na których terenie przebywało prawie 2,5 mln osób. Według danych rządowych powodzią zostało dotkniętych 57 tys. osób, zginęło dziewięć, a ewakuowano 6,5 tys. Zgłoszono uszkodzenia ponad 11,5 tys. budynków, a także dróg, mostów i infrastruktury kolejowej.

Susza, która nie odpuszcza

Eksperci IMGW-PIB wskazują, że susze w XXI wieku różnią się od tych z poprzednich stuleci. Trwają dłużej, obejmują większe przestrzenie i towarzyszą im wyższe temperatury. Naturalny przebieg susz uległ znacznemu zaostrzeniu w wyniku rosnącego zapotrzebowania na wodę, antropopresji oraz zmiany klimatu.

W kwietniu tego roku bilans klimatyczny był ujemny na obszarze całego kraju. Już na początku maja niektóre izby rolnicze apelowały o uruchomienie gminnych komisji szacujących straty spowodowane suszą – przez wysychanie gleby część rolników zdecydowała o likwidacji upraw. W ubiegłym roku badacze IMGW-PIB odnotowali, że straty wody na parowanie przewyższyły dostawę z opadów we wszystkich sprawdzanych stacjach. Nawet mokre miesiące, jak lipiec, wrzesień i październik, nie pozwoliły na odrobienie długoterminowych strat.

Co nas czeka?

Według prognoz Europejskiej Agencji Środowiska w latach 2041–2070 częstotliwość susz meteorologicznych wzrośnie w niemal całej Europie – również w Polsce. W związku z tym rolnicy, samorządowcy i zwykli mieszkańcy muszą przygotować się na świat, w którym woda będzie albo jej za mało, albo za dużo – i to w krótkich odstępach czasu.

Dane IMGW-PIB wskazują, że tempo ocieplenia w miastach jest szczególnie wysokie. Najszybciej ogrzewa się Wrocław (0,77°C na dekadę), najwolniej Gdańsk (0,53°C na dekadę). Tym samym aglomeracje staną się wyspami ciepła, w których fale upałów będą jeszcze bardziej dotkliwe, a ryzyko gwałtownych burz i podtopień – wyższe.

Polski klimat nie jest już tym samym, co jeszcze pół wieku temu. Choć trudno przewidzieć dokładny przebieg kolejnych ekstremów, jedno jest pewne: będą one coraz częstsze i coraz bardziej gwałtowne. Pytanie tylko, czy zdążymy się do nich przygotować.

Redakcja noktus.pl

Redakcja noktus.pl

AUTHOR
Redaguje