🔥 Gemini Pro 18 miesięcy (voucher) 170 zł -43% do piątku Kup teraz →
Przejdź do treści
Umysł

Teorię 'let them’ znają dziś miliony. Jej autorem nie jest Mel Robbins

Wiralowa teoria „let them” obiecuje spokój umysłu poprzez puszczanie tego, na co nie mamy wpływu. Jej korzenie sięgają jednak nie gabinetów terapeutycznych, a nauk starożytnego niewolnika.

4 min read
Teorię 'let them’ znają dziś miliony. Jej autorem nie jest Mel Robbins
Czy starożytny niewolnik mógłby być dziś gwiazdą TikToka? Jego filozofia właśnie podbija internet.

Prosta zasada: jeśli coś wymyka się twojej kontroli – pozwól temu odejść. „Let them” – niech robią, niech mają, niech myślą. Ta formuła, rozpropagowana przez autorkę i podcasterkę Mel Robbins, stała się jednym z najgłośniejszych fenomenów współczesnej psychologii popularnej. Tyle że Robbins nie wymyśliła niczego nowego. Dwa tysiące lat przed nią tę samą prawdę sformułował człowiek, który nie miał prawa głosu – niewolnik.

Na czym polega teoria „let them”?

Czytaj też: 5 mitów o zaniedbaniu emocjonalnym, w które wierzą nawet terapeuci

W swojej książce The Let Them Theory (2024) Robbins proponuje podejście uderzająco proste, a zarazem trudne do wdrożenia. Gdy przyjaciel cię zdradza – zamiast gotować się w gniewie, „let them”. Gdy współmałżonek wyjeżdża w delegację, a ty czujesz niepokój – „let them”. Gdy sąsiad ma lepszy samochód – „let them”. Robbins nie każe wypierać emocji. Każe je zauważyć i świadomie odłożyć na bok.

Kluczem nie jest bierność, lecz przesunięcie uwagi. Drugi człon teorii – „let me” – kieruje energię na to, co faktycznie zależy od nas. Jak pisze psycholożka Marilyn Wedge w Psychology Today, teoria ta „uwalnia ludzi od niepotrzebnego cierpienia”. Nie chodzi o tłumienie, lecz o wybór: zamiast rozpamiętywać zdradę, otwieram się na nowe relacje. Zamiast kontrolować partnera, znajduję sens we własnych działaniach.

Wedge przytacza przykład Elliota, pacjenta, który odczuwał lęk, gdy jego żona Alice wyjeżdżała służbowo. Mężczyzna dzwonił kilka razy dziennie, denerwował się brakiem odpowiedzi. W terapii zaczął wypełniać pustkę własnymi aktywnościami – dołączył do grupy wędrownej, zaczął grać w pickleball, zaangażował się w wolontariat na rzecz zielonej energii. Gdy Alice dzwoniła raz dziennie, Elliot potrafił już powiedzieć: „let her”. Jego lęk nie zniknął – stracił tylko obiekt, na którym się koncentrował.

Niewolnik, który wyprzedził terapeutów

Czytaj też: Trauma wzmacnia OCD. Neurologia tłumaczy, dlaczego natrętne myśli wydają się tak realne

Sedno teorii Robbins nie pochodzi z nowoczesnych badań nad mózgiem. Jej fundamenty położył Epiktet – grecki filozof urodzony jako niewolnik w rzymskiej prowincji Frygia. Mimo statusu pozwolono mu studiować filozofię. Z czasem stał się jednym z filarów stoicyzmu.

„Jest tylko jeden sposób na osiągnięcie szczęścia – porzucić to, co nie jest w naszej mocy” – nauczał Epiktet.

Stoicy nie głosili obojętności wobec świata. Postulowali radykalne rozdzielenie: zewnętrzne wydarzenia są poza naszą kontrolą, ale nasze myśli i postawy – już nie. „To nie rzeczy same w sobie nas niepokoją, lecz nasze sądy o nich” – to kolejna myśl Epikteta, która idealnie współbrzmi z terapeutycznym przesłaniem Robbins.

Epiktet jako niewolnik nie miał wpływu na to, czy zostanie sprzedany, pobity czy uwolniony. Mógł jednak kontrolować swój umysł. Ta lekcja, jak zauważa Wedge, czyni go prekursorem współczesnej psychoterapii poznawczej – na długo przed Aaronem Beckiem czy Albertem Ellisem. Stoicyzm bywa mylnie postrzegany jako filozofia chłodnego dystansu. W rzeczywistości to trening uważności na własne reakcje.

Dlaczego „puścić” jest tak trudno?

Teoria „let them” wymaga zdyscyplinowania i uważności. „Musimy wznieść się ponad naturalne uczucia, takie jak zazdrość, zawiść, gniew i potrzeba kontrolowania innych” – podkreśla Wedge. Mózg nie został zaprojektowany do puszczania. Został zaprojektowany do wykrywania zagrożeń i reagowania na nie.

Gdy przyjaciel nas zdradza, ciało migdałowate uruchamia kaskadę stresową. Chcemy działać: zemścić się, wyjaśnić, ukarać. Tymczasem „let them” każe zatrzymać się i przekierować uwagę. To nie tłumienie emocji – to ich świadome odpuszczenie na rzecz tego, co buduje nasze życie. Robbins nazywa to „let me” – pozwól sobie działać tam, gdzie masz sprawczość.

Przypadek Elliota pokazuje mechanizm w praktyce. Jego lęk przed samotnością przekładał się na kontrolowanie żony. Gdy wypełnił dni sensownymi zajęciami, kontrola przestała być potrzebna. Nie zmienił Alice – zmienił własną reakcję na jej nieobecność. Wedge podkreśla, że osiągnięcie stanu „let them” wymaga praktyki i powtarzania, podobnie jak trening mięśnia. Uważność – zdolność obserwowania własnych myśli bez natychmiastowego reagowania – jest tu kluczowa. Robbins, świadomie lub nie, łączy starożytną stoicką dyscyplinę z nowoczesnymi technikami mindfulness.

Starożytna mądrość w algorytmicznej erze

Czy to działa poza gabinetem? Fenomen książki Robbins – miliony sprzedanych egzemplarzy, dziesiątki milionów wyświetleń na platformach społecznościowych – sugeruje, że trafia w zbiorową potrzebę. Żyjemy w czasach przeciążenia informacją, porównań społecznych i nieustannej oceny. Stoickie narzędzie okazuje się zaskakująco odporne na upływ czasu.

Wedge zastrzega, że teoria nie zastąpi terapii w poważnych zaburzeniach. Ale jako codzienna praktyka – „potężne narzędzie w skrzynce terapeuty” – ma realną moc. „Umiejętność odpuszczania tego, czego nie możemy kontrolować, uwalnia od cierpienia” – konkluduje. W świecie, w którym co chwilę ktoś próbuje nam powiedzieć, co powinniśmy myśleć i czuć, umiejętność powiedzenia „let them” staje się aktem cichej autonomii.

Epiktet nie potrzebował TikToka, by jego słowa przetrwały dwa tysiąclecia. Fakt, że dziś ubiera się je w formułę „let them”, nie umniejsza ich wartości. Może właśnie o to chodzi: najgłębsze prawdy nie starzeją się. Zmieniają tylko opakowanie.

Redakcja noktus.pl

Redakcja noktus.pl

AUTHOR
Redaguje