Dżuma przyszła tysiące lat wcześniej, niż ktokolwiek sądził. Dowodem są szkielety dzieci
Myśleliśmy, że epidemie są ceną za wynalazek rolnictwa i miast. DNA z syberyjskich grobów sprzed 5,5 tysiąca lat właśnie rozbiło tę teorię w pył — a kluczem do zagadki okazały się dzieci.

Zawsze wydawało się to logiczne: wielkie epidemie musiały narodzić się razem z rolnictwem. Tłok w pierwszych osadach, bliskość zwierząt, góry odpadków — to miało być idealne środowisko dla zabójczych mikrobów. Łowcy-zbieracze, żyjący w rozproszonych, małych grupach, wydawali się bezpieczni. Nowe badanie opublikowane w Nature właśnie wywróciło ten porządek rzeczy. Naukowcy znaleźli DNA dżumy w szczątkach syberyjskich nomadów sprzed 5,5 tysiąca lat — a głównymi ofiarami zarazy były dzieci.
Wędrowcy znad Bajkału zdziesiątkowani przez niewidzialnego wroga
→ Czytaj też: Dwie nowe szczepionki na dżumę. W testach działają w 100 procentach
Międzynarodowy zespół badaczy pod kierunkiem Ruairidha Macleoda z Uniwersytetu Oksfordzkiego przeanalizował DNA pobrane z zębów 46 osób pochowanych na czterech cmentarzyskach nad rzeką Angarą, wypływającą z jeziora Bajkał. To społeczności łowiecko-zbierackie, które nie znały upraw ani stałych osad. Nie spodziewano się tam śladów masowych chorób zakaźnych.
Wyniki zaskoczyły wszystkich. Aż u 18 osób zidentyfikowano materiał genetyczny Yersinia pestis, bakterii odpowiedzialnej za dżumę. Szczątki należały do dwóch odrębnych fal epidemicznych: pierwszej sprzed około 5596–5341 lat i drugiej sprzed 5126–4926 lat. Co więcej, wiele grobów zawierało ciała kilku zmarłych pochowanych jednocześnie — w tym trzech blisko spokrewnionych dziewczynek złożonych we wspólnym grobie. „To najmocniejszy dowód na zjadliwość tych pradawnych szczepów, jaki mogliśmy zdobyć” — przyznał Macleod.
Dlaczego umierały głównie dzieci? Gen, który rozpętał burzę
→ Czytaj też: Dżuma w epoce kamienia? Groby nad Bajkałem ujawniają krwawy koszmar neolitu
Archeolodzy od dawna zastanawiali się, dlaczego na syberyjskich cmentarzyskach z tego okresu znajduje się tak dużo dziecięcych szkieletów, pozbawionych śladów przemocy czy obrażeń. Zagadka rozwiązała się dopiero teraz. Oba pradawne szczepy Y. pestis zawierały unikalny gen kodujący białka wywołujące gwałtowną, przesadną reakcję układu odpornościowego. Taka burza immunologiczna jest szczególnie niebezpieczna dla młodych organizmów, których system obronny dopiero się kształtuje.
Badanie opublikowane w Nature wskazuje, że choroba najprawdopodobniej przeniosła się na ludzi od dzikich świstaków, a jej formą była dżuma płucna — jedyna odmiana szerząca się bezpośrednio drogą kropelkową. W małych, wędrownych grupach taki patogen mógł błyskawicznie przetrzebić całe rodziny.
Pogrzebani z imienia i krwi — obraz wspólnoty po katastrofie
Szczegóły pochówków mówią wiele o tym, co działo się po przejściu zarazy. Bliscy grzebali zmarłych razem, z zachowaniem wiedzy o ich pokrewieństwie. W jednym grobie spoczęli ciotka i bratanek, w innym trzy siostry. „Musieli być ocaleni, którzy znali tych ludzi za życia — ich tożsamość i więzy krwi — i właśnie dlatego złożyli ich we wspólnych mogiłach” — tłumaczy Macleod.
To zachowanie podważa stereotyp bezdusznej walki o przetrwanie w epoce kamienia. Nawet w obliczu niewytłumaczalnej katastrofy biologicznej, jaką była epidemia, społeczność zachowała rytuał i pamięć. Eske Willerslev, współautor z Uniwersytetu Kopenhaskiego, podkreśla, że zrozumienie ewolucji Y. pestis jest praktycznie istotne: pozwala przewidzieć, jak bakteria może zmieniać się w przyszłości. Dżuma wciąż występuje endemicznie w Afryce, a w USA notuje się średnio siedem przypadków rocznie.
Odkrycie znad Bajkału zmusza do przemyślenia fundamentalnych założeń: epidemie nie są wyłącznie ceną cywilizacji. Potrafiły unicestwiać ludzi na długo przed wynalezieniem pierwszego miasta. Imperium mikrobów jest starsze, niż sądziliśmy — a jego pierwszymi poddanymi były dzieci syberyjskich stepów.


