Milcząca epidemia. Dlaczego mężczyźni nie chcą szukać pomocy i jak to zmienić?
Mężczyźni niemal cztery razy częściej niż kobiety odbierają sobie życie, a prawie połowa z nich ukrywa swoje prawdziwe samopoczucie. Psychoterapeuta Phil Lane tłumaczy, dlaczego milczenie szkodzi najbardziej i jak wspólne doświadczenia mogą przełamać toksyczne wzorce.
„Men are to be the strong, silent type” – ten nakaz, spisany w latach 70. przez socjologa Roberta Brannona, nadal ciąży na psychice milionów mężczyzn. Choć od tamtej pory zmieniło się niemal wszystko, w gabinetach terapeutycznych wciąż słychać echo tej czteroczęściowej recepty na „prawdziwego mężczyznę”. Skutki? Statystyki są bezlitosne: mężczyźni niemal cztery razy częściej niż kobiety odbierają sobie życie, a prawie połowa z nich przyznaje, że czuje się bardziej przygnębiona, niż chce to okazać. Dlaczego tak trudno im szukać pomocy i co może to zmienić?
Milcząca epidemia, która nie chce ucichnąć
→ Czytaj też: 5 mitów o zaniedbaniu emocjonalnym, w które wierzą nawet terapeuci
Męskie zdrowie psychiczne od lat określa się mianem „cichej epidemii”. Dane nie pozostawiają złudzeń: według badań opublikowanych w 2024 roku aż 49 procent mężczyzn deklarowało, że ich faktyczny nastrój jest gorszy, niż przyznają się do tego bliskim. Jednocześnie wskaźnik samobójstw wśród mężczyzn jest blisko czterokrotnie wyższy niż wśród kobiet. To nie przypadek – to konsekwencja systemowego ignorowania problemu i społecznego przyzwolenia na to, by mężczyźni radzili sobie sami.
Jak zauważa Phil Lane, psychoterapeuta z wieloletnim stażem, w swoim artykule dla Psychology Today, główną barierą pozostają przestarzałe normy maskulinizmu. „Te oczekiwania wobec mężczyzn są zazwyczaj archaiczne, ale wciąż są podtrzymywane przez społeczne przekazy dotyczące płci” – pisze Lane. W praktyce oznacza, że wielu mężczyzn woli milczeć, niż ryzykować etykietkę „słabeusza”.
Podwójne ryzyko: wstyd za wstyd
→ Czytaj też: Trauma wzmacnia OCD. Neurologia tłumaczy, dlaczego natrętne myśli wydają się tak realne
Mechanizm błędnego koła jest tu wyjątkowo okrutny. Mężczyzna, który nie prosi o pomoc, nie tylko pozostaje sam ze swoim cierpieniem, ale – gdy w końcu uzna, że sobie nie radzi – zaczyna odczuwać wstyd z powodu własnej „porażki”. Psycholodzy nazywają to zjawisko „podwójnym zagrożeniem” (double jeopardy). Jak tłumaczy Lane, powołując się na badania Levanta i współpracowników z 2009 roku, mężczyźni nie tylko nie szukają wsparcia, ale potem wstydzą się, że nie potrafili rozwiązać problemów na własną rękę.
Ten wstyd – a nie brak wiedzy o dostępnej pomocy – stanowi największą przeszkodę. W społeczeństwie, które ciągle nagradza stoicyzm i samowystarczalność, przyznanie się do kryzysu psychicznego bywa odbierane jako zdrada męskości. Lane podkreśla jednak, że „szukanie pomocy jest oznaką siły, a nie słabości”.
Siła wspólnego doświadczenia
Co zatem działa? Lane, który w swojej praktyce ma przeważająco męskich klientów (15–17 na 20 pacjentów tygodniowo), wskazuje na jeden kluczowy czynnik: poczucie wspólnoty doświadczeń. „Część tego, co przyciąga mężczyzn do terapii – indywidualnej lub grupowej – to poczucie, że inni rozumieją ich wyzwania i że nie są sami” – pisze terapeuta.
Sam Lane doświadczył tego na własnej skórze. Gdy został ojcem, dołączył do grupy wsparcia dla ojców – jako uczestnik, nie jako prowadzący. „Stwierdzenie, że to było pomocne, byłoby niedopowiedzeniem” – wspomina. Zrozumienie, że jego trudności nie są wyjątkowe, że inni przeżywają to samo, okazało się potężnym narzędziem terapeutycznym. To doświadczenie potwierdzają badania: według artykułu w Current Opinions in Psychology (Simpson i wsp., 2017) dla niektórych mężczyzn okazywanie wrażliwości jest postrzegane jako bezpośrednie zagrożenie dla autonomii. Dlatego ważne jest, by pokazać, że dzielenie się trudnościami nie odbiera siły, ale wręcz przeciwnie – wzmacnia i zmniejsza izolację.
„Dzielenie się wspólnymi wyzwaniami może nas wzmocnić i sprawić, że poczujemy się mniej odizolowani.” – Phil Lane, psychoterapeuta
Jak przełamać schemat?
Zmiana nie nastąpi z dnia na dzień, ale – jak pokazuje przykład samego Lane’a – jest możliwa. Jego gabinet, w którym mężczyźni stanowią zdecydowaną większość, dowodzi, że stygmatyzacja maleje. „Na każdego mężczyznę, który trafia na terapię, przypada wielu takich, którzy unikają szukania wsparcia, a głównym powodem są nieaktualne i szkodliwe normy maskulinizmu” – dodaje terapeuta.
Kluczem jest normalizacja otwartości. Mężczyźni muszą usłyszeć, że ich problemy nie są wyjątkowe, że inni też je przeżywają – i że proszenie o pomoc to akt odwagi, a nie słabości. Lane konkluduje: „Musimy postrzegać zdrowie psychiczne mężczyzn jako poważną sprawę, która – jeśli nie jest traktowana poważnie – może prowadzić do katastrofalnych skutków”. Czerwień, miesiąc świadomości zdrowia psychicznego mężczyzn, to dobry początek, ale rozmowa musi trwać przez cały rok.


