Nadzieja za $200 tys. Naukowcy sprawdzili dodatki do IVF
Nowa metaanaliza dziesięciu popularnych dodatków do in vitro ujawnia, że większość z nich nie zwiększa szans na urodzenie dziecka. Alessandra Dowling wydała 200 tys. dolarów na niesprawdzone terapie. Dlaczego pacjentki wciąż za nie płacą?

Spis treści
Tylko trzy z dziesięciu popularnych dodatków do in vitro mogą faktycznie zwiększać szanse na narodziny dziecka. Fot. Minami Himemiya, Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0
Alessandra Dowling od zawsze marzyła o dużej rodzinie. Po dwóch poronieniach postanowiła spróbować zapłodnienia in vitro. W ciągu kilku lat na leczenie i dodatkowe terapie wydała prawie 200 tysięcy dolarów. Nowa metaanaliza opublikowana w Scientific American pokazuje, że większość z tych kosztownych dodatków nie zwiększa szans na urodzenie dziecka.
Laboratorium nadziei
→ Czytaj też: Psychopata to nie tylko morderca. Jego cechy widać w tym, jak piszesz o swoim życiu
W klinikach leczenia niepłodności oferuje się dziś dziesiątki usług wykraczających poza standardowe in vitro. Alessandra Dowling skorzystała m.in. z preimplantacyjnych testów genetycznych (PGT-A), zastrzyków z hormonu wzrostu, terapii ozonem, leków przeciwzakrzepowych i akupunktury. Każdy z tych zabiegów obiecywał zwiększenie prawdopodobieństwa ciąży.
Według ankiet przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii i Australii co najmniej trzy czwarte pacjentek in vitro próbuje przynajmniej jednego dodatku. Ich ceny wahają się od kilkuset do kilku tysięcy dolarów, a ubezpieczenie z reguły ich nie pokrywa. Dla wielu kobiet to wydatek rzędu dziesiątek, a nawet setek tysięcy dolarów, który ma dać coś bezcennego - nadzieję.
Naukowa weryfikacja
→ Czytaj też: Naukowcy przetestowali w ciemno, czy dania z lodówki smakują lepiej. Tylko jedno przeszło test

Badacze przeanalizowali dziesięć najpopularniejszych terapii dodatkowych. Wyniki metaanalizy opublikowane w Scientific American są jednoznaczne: trzy zabiegi - testowanie receptywności endometrium, kortykosteroidy i PGT-A - nie miały praktycznie żadnego wpływu na liczbę żywych urodzeń. Kolejne cztery, w tym akupunktura i wstrzykiwanie osocza bogatopłytkowego, opierały się na danych niskiej jakości lub dawały sprzeczne rezultaty.
Tylko trzy procedury wykazały potencjalne korzyści: skaryfikacja endometrium, fizjologiczna docytoplazmatyczna iniekcja plemnika (PICSI) oraz EmbryoGlue - preparat ułatwiający zarodkowi przyczepienie się do macicy. Autorzy podkreślają jednak, że nawet w tych przypadkach dowody nie są jeszcze rozstrzygające. „Większość dodatków nie ma udowodnionej skuteczności” - konkludują.
„Płacisz nie za pewność, ale za nadzieję” - mówi Dowling, która dziś jest mamą dwójki dzieci. Jedno z nich poczęła spontanicznie, po latach wyczerpujących procedur.
Dlaczego płacimy
Eksperci wskazują na głębsze przyczyny tego zjawiska. Marcelle Cedars, dyrektorka Centrum Zdrowia Reprodukcyjnego Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco, tłumaczy, że w USA badania nad in vitro są od lat ograniczane przez Narodowe Instytuty Zdrowia. Próżnię wypełniły kliniki nastawione na zysk, rywalizujące między sobą ofertą. Pacjentki, często zdesperowane i świadome braku refundacji, nie chcą tracić czasu na udział w badaniach klinicznych - wolą od razu sięgnąć po to, co oferuje „najlepsze” szanse, nawet jeśli nikt nie wie, co to znaczy.
„Logika się zmienia” - przyznaje Dowling. „Odrzucenie czegokolwiek, co mogłoby pomóc, wydawało się niemożliwe”. Ta pułapka psychologiczna powoduje, że kobiety godzą się na terapie bez twardych dowodów, traktując je jako formę zabezpieczenia na wypadek kolejnej porażki. Jak dodaje Dowling: „Chciałam mieć pewność, że zrobiłam wszystko”.
Choć historia Dowling kończy się happy endem, nie wiadomo, co faktycznie pomogło - dodatki, operacja usunięcia przegrody macicy czy może zwykły przypadek. Dla tysięcy innych pacjentek odpowiedź wciąż pozostaje nieznana. Bez solidnych badań i regulacji granica między terapią a iluzją nadziei pozostaje niebezpiecznie cienka.


