Nikt nie pyta, czy te peptydy inaczej działają na kobiety. Dowody mówią same za siebie
Fala nieregulowanych peptydów zalewa rynek wellness, obiecując spektakularne efekty bez recepty. Tymczasem rosną obawy o skutki uboczne, a niemal nikt nie sprawdza, czy substancje te wpływają na mężczyzn i kobiety w ten sam sposób. Dane sugerują, że nie.
„Niemal nikt nie pyta, czy te substancje wpływają na mężczyzn i kobiety w ten sam sposób. Dowody sugerują, że nie” – alarmują Adam Taylor i Michelle Swainson, naukowcy z Lancaster University, w analizie opublikowanej na łamach The Conversation. Fala nieregulowanych peptydów zalewa rynek wellness, obiecując przyrost mięśni, spalanie tłuszczu i efekt anti-aging. Z kolei biologiczna przepaść między płciami powoduje, że kobiety płacą za te obietnice znacznie wyższą cenę.
Ryzyko nie dzieli się po równo
→ Czytaj też: Odchudzające zastrzyki tworzą nowy typ jojo. Po odstawieniu waga wraca szybciej niż kiedykolwiek
Statystyki nie pozostawiają złudzeń. Kobiety są od półtora do dwóch razy bardziej narażone na niepożądane reakcje na leki niż mężczyźni. Częściowo dzieje się tak, ponieważ statystycznie przyjmują więcej leków na receptę – żyją dłużej i częściej zmagają się z chorobami przewlekłymi, takimi jak osteoporoza, toczeń czy reumatoidalne zapalenie stawów. To podnosi ryzyko interakcji, zanim jeszcze do głosu dojdzie biologia.
Różnice w tempie rozkładania i usuwania substancji z organizmu, wahania hormonalne oraz odmienna odpowiedź immunologiczna dodatkowo piętrzą zagrożenie. Kobiety mają silniejszą reakcję odpornościową nawet na leki po rygorystycznych testach klinicznych. W przypadku peptydów z niepewnego źródła, które nie przeszły żadnych badań na ludziach, skala niewiadomych jest zatrważająca.
Kobiety są od półtora do dwóch razy bardziej narażone na niepożądane reakcje na leki niż mężczyźni.
Hormonalna układanka, której nie wolno ruszać
→ Czytaj też: Co dziesiąty Amerykanin na lekach na odchudzanie. Rekord, który zmienia medycynę
Cykl menstruacyjny kobiety opiera się na precyzyjnie skalibrowanym systemie komunikacji między mózgiem a jajnikami. Oś podwzgórze-przysadka-jajnik utrzymuje delikatną równowagę hormonalną, której nie da się bezkarnie zakłócić z zewnątrz. Natomiast dwa popularne peptydy – ipamorelin i CJC-1295 – sztucznie podnoszą poziom hormonu wzrostu i IGF-1, utrzymując go na podwyższonym poziomie przez wiele dni.
Taka długotrwała stymulacja może prowadzić do obrzęków, zatrzymywania płynów i zaburzeń hormonalnych. Badacze wskazują na potencjalny związek z dysfunkcją jajników i wyższym ryzykiem poronienia. To zaledwie wierzchołek góry lodowej – wątroba, tarczyca, trzustka i nadnercza również uczestniczą w tej hormonalnej sieci, a szersze skutki działania peptydów na te narządy pozostają niezbadane.
Cień onkologii w obietnicy regeneracji
Tymozyna beta-4 to naturalny peptyd wspomagający naprawę tkanek. Jego syntetyczny fragment, sprzedawany jako TB-500, reklamowany jest jako środek przyspieszający regenerację, redukujący stany zapalne i poprawiający elastyczność. Problem w tym, że ten sam peptyd wykryto w komórkach kilku nowotworów, w tym raka piersi i niektórych powszechnych form raka płuc.
Kontekst jest alarmujący. W 2021 roku wskaźniki zachorowań na raka płuc wśród Amerykanek poniżej 65. roku życia po raz pierwszy przewyższyły te notowane u mężczyzn w tym samym wieku, odwracając wieloletni trend. Kobiety często otrzymują diagnozę w późniejszym stadium, gdy leczenie jest trudniejsze. W obliczu tych danych peptyd obecny w komórkach nowotworowych to ryzyko, którego nie wolno lekceważyć.
Miedź, igła i ciąża – równanie z wieloma niewiadomymi
GHK-Cu, kompleks miedzi z tripeptydem, zdobył popularność w kremach anti-aging, gdzie badania laboratoryjne sugerują, że może wspierać produkcję kolagenu. Niebezpieczeństwo pojawia się, gdy zamiast na skórę trafia pod nią w formie zastrzyku. Produkty do iniekcji nie są dopuszczone do użytku u ludzi, a dawka omijająca barierę skórną i układ trawienny trafia bezpośrednio do tkanek w pełnym stężeniu.
Dla kobiet w wieku rozrodczym to szczególnie poważna kwestia, ponieważ nie wiadomo, czy peptydy te przenikają przez łożysko. Nadmiar miedzi w organizmie sam w sobie stanowi zagrożenie – każdy dodatkowy mikrogram na mililitr we krwi matki podnosi ryzyko przedwczesnego porodu o 30 procent i skraca ciążę średnio o 1,6 dnia. Badacze wiążą go również z ograniczeniem wzrostu płodu, problemami neurologicznymi noworodka i szeregiem schorzeń ginekologicznych.
Anatomia jest istotna
Ryzyko zależy nie tylko od rodzaju peptydu, ale i od miejsca wstrzyknięcia. Kobiety i mężczyźni inaczej magazynują tkankę tłuszczową – u kobiet gromadzi się ona głównie na biodrach, udach i pośladkach, przez co okolice brzucha mają cieńszą warstwę ochronną. Zastrzyk w to miejsce jest więc bardziej ryzykowny. Mężczyźni są z reguły ciężsi, mają większą powierzchnię ciała i więcej wody w organizmie, co oznacza, że ta sama dawka peptydu u kobiety o podobnym wieku i wadze ulega mniejszemu rozcieńczeniu, a jej działanie jest silniejsze.
Nieregulowane peptydy to hazard dla każdego, kto po nie sięga. Jednak splot czynników biologicznych, hormonalnych i anatomicznych powoduje, że kobiety podejmują to ryzyko na znacznie gorszych warunkach. Dopóki substancje te nie przejdą właściwie kontrolowanych badań z udziałem ludzi, nikt nie może z całą pewnością przewidzieć, jak zareaguje na nie konkretny organizm.


